They seem to make lots of good flash cms templates that has animation and sound.

Patrzysz na posty znalezione dla frazy: Romeo i Julia opowiadanie





Temat: Edukacja - rzecz konieczna?
Po przebrnięciu przez dwie strony Waszej rozmowy nie dziwię się, dlaczego kanon lektur jest taki jaki jest. Też jest ustalany przez jakąś grupę ludzi z których jeden nie znosi "Nad Niemnem", a drugi je uwielbia. I podejrzewam że mniej ma do rzeczy jakie wartości prezentuje dane dzieło.

Po zastanowieniu, przyszedł mi do głowy pomysł, który wymagałby całkowitej zmiany w podejściu do lekcji polskiego. Do omawiania historii literatury i stylu różnych epok wzięłabym utwory krótkie, do których przeczytania można się łatwiej zmusić (chociaż "Proces" zamierzam już drugi czy trzeci rok przeczytać i jakoś mi się nie udaje - w liceum nie zdążyłam przed omawianiem go). Konkretnie chodzi mi o wiersze, ballady, opowiadania, nowelki, ostatecznie dobrze wybrane fragmenty dłuższych dzieł. W tej części chodziłoby o zaznajomienie się z ogólnymi cechami epok literackich. Jest to ważne, bo wiemy skąd się wywodzi dana tematyka a także możemy odkryć, że bardzo nam odpowiada styl pisania danej epoki i szukać dalej innych takich książek.
Ale ważniejsze dla mnie w czytaniu lektur jest omawianie pewnych postaw ludzkich, pewnych życiowych problemów. Dlatego warto byłoby omawiać takie zagadnienia na podstawie przeczytanej przez ucznia wybranej lektury. Dzięki temu możemy np. podać 10-15 dzieł w których występuje zasadnicza przemiana poglądów bohatera (jak np. w "Potopie" czy "Panu Tadeuszu") z których uczeń ma przeczytać jedną i na jej podstawie omawiać dany problem.
Zresztą obecnie ważniejsze dzieła doczekały się już ekranizacji, które też można przy odpowiednim komentarzu obejrzeć. Jeśli polonista odpowiednio będzie komentował taki film, to ma spore szanse zareklamować daną książkę. Na mnie taka forma zadziałała, powodując że zaczęłam czytać daną książkę, np. w przypadku Trylogii (po Ogniem i Mieczem), Władcy Pierścieni, kilku dramatów Szekspira (po Romeo i Julii), Buszującego w zbożu (po filmie, w którym bohater co chwilę kupował tą książkę, tytułu zapomniałam) albo też że zachciało mi się do niej wrócić, jak np. po Panu Tadeuszu.

Co do patriotyzmu, to nie sądzę, żeby naprawdę był wynoszony tylko z domu. Jestem z rodziny, posiadającej w historii paru ludzi walczących za wolność kraju. Ale tak właściwie nigdy nie byłam zbytnią patriotką. Natomiast trochę się to zmieniło po przeczytaniu kilku książek czy wierszy (głównie Baczyński, Kaczmarski, utwory obozowe, utwory polskich romantyków) i obejrzeniu paru filmów (tu akurat poza ekranizacjami to głównie Stawka większa niż życie i Czterej pancerni, czyli mało ambitne). Oczywiście, nie zmieniło się to bardzo, więc jakbym miała wyjeżdżać za pracą z Krakowa, to raczej za granicę. Ale jakby ktoś atakował kraj, w którym żyją bliscy mi ludzie, to bym walczyła. Jak widać, jestem średnią patriotką.





Temat: fakty z życia autorki
myślę, że dodam.
jakby ktoś nie wiedział.

Stephenie Meyer (ur. 24 grudnia 1973 w Hartford) - amerykańska pisarka. Autorka powieści Intruz i cyklu Zmierzch, składającego się z czterech części. Również napisała pierwsze rozdziały powieści Midnight Sun, która ma być Zmierzchem z perspektywy Edwarda Cullena. Na razie jednak zaprzestała w pisaniu powieści z powodu wycieków do internetu.

Stephenie Meyer urodziła się w Connecticut. Jest córką Steve'a i Candy Morgan. Dorastała w mieście Phoenix, w stanie Arizona. Ma pięcioro rodzeństwa: Setha, Emily, Jacoba, Paula i Heidi. Uczęszczała do liceum Chaparral High School w Scottsdale, Arizona i na uniwersytet w Provo w stanie Utah - Brigham Young University, gdzie otrzymała tytuł licencjata z języka angielskiego w 1995. Swojego męża Christina (przydomek "Pancho") spotkała gdy dorastała w Arizonie. W 1994 roku poślubiła go. Razem mają trzech synów: Gabe'a, Setha i Eliego. Meyer należy do Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich.

Meyer mówi, że pomysł na napisanie książki Zmierzchu przyszedł jej do głowy 2 czerwca 2003 roku, czego odpowiednikiem jest rozdział 13 książki. Po napisaniu i poprawieniu powieści, podpisała umowę na trzy książki ze spółką Little, Brown and Company na 750 tys. dolarów. Sequel Zmierzchu, książka pt. Księżyc w nowiu, pojawiła się w wielu księgarniach w Ameryce Północnej w sierpniu 2006 roku. Trzecia książka z serii, Zaćmienie została wydana w Stanach Zjednoczonych 7 Sierpnia 2007 roku, a czwarty czyli ostatni tom Przed świtem trafił do czytelników 2 sierpnia 2008 roku. Stephenie jest wielką fanką zespołu Muse. Wyznała fanom, że koncert, który odbywa się w trzeciej części sagi to właśnie koncert tego zespołu i, że niektórzy z głównych bohaterów są ich fanami.

Pierwsza z części cyklu Zmierzch została wydana w USA w październiku 2005 (w Polsce 1 stycznia 2007). W listopadzie Zmierzch znalazł się na piątym miejscu na liście bestsellerów New York Timesa.

Wkrótce Meyer wydała drugą część z cyklu: Księżyc w nowiu we wrześniu 2006 (w Polsce 1 stycznia 2007). Zadebiutowała na piątej pozycji liście New York Timesa. W drugim tygodniu znalazła się na pierwszym miejscu i utrzymywała się na nim przez jedenaście tygodni. W sumie Księżyc w nowiu na liście figurował przez ponad pięćdziesiąt tygodni.[1]

10 kwietnia 2007 roku jedno z opowiadań Stephenie znalazło się w zbiorze Prom Nights from Hell.

5 maja 2007 została wydana specjalna edycja Księżyca w nowiu, z dodatkowymi tatuażami, plakatem z okładką trzeciej części oraz jej pierwszym rozdziałem.

7 sierpnia 2007 (w Polsce 18 kwietnia 2008) została wydana trzecia część Zmierzchu - Zaćmienie. Wszystkie trzy części spędziły na topliście New York Timesa aż 143 tygodnie. [2]

6 maja 2008 roku Meyer wydała swoją drugą już powieść nie związaną ze Zmierzchem - Intruz.

31 maja 2008 roku wyszło specjalne wydanie Zaćmienia zawierające okładkę czwartej części Przed świtem i jej pierwszy rozdział oraz napisy na koszulki "Team Edward" i "Team Jacob".

2 sierpnia 2008 wyszła ostatnia część sagi Zmierzchu - Przed świtem. W pierwszym dniu (w USA) sprzedano ok. 1.3 miliona egzemplarzy.

Meyer ma w planach napisanie drugiej części powieści Intruz - The Soul. Jeśli zdecydowałaby się na kontynuowanie serii, trzecia część miałaby tytuł: The Seeker.

Chciałaby jeszcze napisać wiele innych powieści m.in. książkę o duchach zatytułowaną Summer House.

Na 30 grudnia Stephenie zaplanowała wydać The Twilight Saga: The Official Guide - która będzie oficjalnym przewodnikiem po wszystkich częściach Zmierzchu.

Rozpoczęła pisanie piątej części sagi " Zmierzch", mającej być pierwszym tomem widzianym z oczu Edwarda. Na skutek wycieku do internetu dwunastu rozdziałów nieedytowanej części powieści, oficjalnie zawiesiła pracę nad owym projektem.

Pomimo ogromnej popularności wśród czytelników (oraz osobliwej euforii w Stanach Zjednoczonych), krytycy literaccy zarzucają autorce schematyczność fabuły, przerysowania, brak wyrazistych postaci i jakiejkolwiek głębi emocjonalnej oraz silnie zaakcentowany marysuizm. Szczególnie ostatni zarzut jest często powtarzany - zdarza się, że sagę Zmierzch wskazuje się jako sztandarowy przykład tego negatywnego zjawiska literackiego.

Stephenie Meyer prowadzi także osobliwą kampanie reklamową swoich ulubionych zespołów muzycznych (umieszczanie utworów, czy wręcz całych dyskografii, które były inspiracją do napisania książek na stronie autorki). Jak sama twierdzi jej twórczość jest silnie związana z muzyką oraz dziełami literackimi takimi jak Jane Eyre, Wichrowe wzgórza, Ania z Zielonego Wzgórza, Duma i uprzedzenie, Romeo i Julia czy Sen nocy letniej.





Temat: [Klaudia1458] Proszę o ocenę - opowiadanie
Proszę o komenatrze. Z góry dziękuje.

"W pogoni za szczęściem"

Uwielbiam podejmować decyzje w ostatniej chwili. Dlatego też teraz pakuje najpotrzebniejsze rzeczy do walizki. Wyjeżdżam na wakacje – takie prawdziwe z wylegiwaniem się na plaży i chodzeniem do nocnych klubów. Nic mnie tu nie trzyma. Z Izą się rozstałem, w pracy dali mi ‼przymusowy” urlop, muszę przemyśleć kilka spraw i odpocząć od męczącej codzienności i ciągłego gwaru Krakowa. Więc udaje się do Sopotu – w pogoni za szczęściem.
Wsiadam do pociągu, który od razu rusza. Można powiedzieć, że uciekam od kłopotów, że to dziecinne i że powinienem stawić im czoła. Ale ja - mając zaledwie 25 lat – chcę przez najbliższy miesiąc być dzieckiem.
O 21.00 po rozpakowaniu się w hotelu ‼Bałtyk” i ożywczym prysznicu wyruszam na zwiedzanie miasta. Tłum turystów o różnych kolorach skóry i językach powoli zaczyna mnie męczyć. Cudem znajduje bar, w którym siedzi kilka ‼podchmielonych” gości. Podchodzę do barmana i zamawiam piwo. Z głośników płynie smętna muzyka. Odwracam głowę i zauważam młodą kobietę, która siedzi obok mnie. Miała odwróconą głowę i wzrok wpatrzony w jakiś punkt na ścianie. Ciemne włosy spięte w kok, szczupła sylwetka, długie, opalone nogi.
- Pewnie ma wielu adoratorów. Jest atrakcyjna, ale jakaś taka smutna i zamyślona – przemknęło mi przez myśl. Spojrzała na mnie. Fala gorąca przeszła mi przez całe ciało. Jej duże, zielone oczy spoglądały z uporem na moją twarz. Zaakceptowała moją obecność i wypiła łyk – o ile się nie mylę – whisky.
- Jakieś kłopoty? – zapytałem. Nie odpowiedziała od razu. Dopiero po kilku minutach odezwała się:
- Skąd u pana taki pomysł? – zaśmiała się.
- Jest pani sama w tym obskurnym barze i pije whisky. Z reguły człowiek potrzebuje samotności, by rozwiązać jakiś problem – odrzekłem i spojrzałem na nią. Urzekła mnie swoim wyglądem. Milczeliśmy. Wypiłem piwo, a miłe ciepło rozgrzało moje ciało.
- Ma pan rację. Ten bar jest obskurny. Może pójdziemy się przejść ?
Przez kilka kolejnych dni spędzaliśmy ze sobą wiele godzin. W Sopocie znałem tylko ją i nie chciałem znać nikogo innego. Pewnego dnia korzystając ze słonecznej pogody postanowiliśmy wybrać się nad morze. Szliśmy właśnie przez las, gdy rzekła z uśmiechem:
- Zamknij oczy i posłuchaj – dotknęła mojej dłoni. Spojrzałem na nią. Na tle zielonych drzew i w promieniach słońca wyglądała niczym leśna nimfa. Zamknąłem oczy. – Słyszysz?
- Tak, szum drzew, świergot ptaków… i bicie własnego serca…
- Tak rodzą się marzenia… Och! Życie jest jedynie przelotnym cieniem, żałosnym aktorem, co przez godzinę puszy się i miota na scenie, po czym znika, opowieścią idioty, pełną wrzasku i wściekłości, a nie znaczącą nic.
- ‼Makbet” Szekspira scena piąta, akt piąty – odpowiedziałem – uwielbiam go.
- Widzisz jak wiele nas łączy?
- A powiesz mi w końcu jak masz na imię? – zapytałem.
- Im mniej o mnie wiesz tym lepiej… Ale mama chciała dać mi na imię Julia. Więc ty bądź Romeo. Zgoda? – spojrzała w moje oczy. Kiwnąłem potakująco głową.
Wakacje – jak każde beztroskie dni – szybko się kończą. I te nie były wyjątkiem. Ostatniego dnia byliśmy na spacerze. Otaczała nas iście romantyczna sceneria. Zachód słońca, białe grzywy fal, gorący piasek pod stopami. Krajobraz przypominał mi szczęśliwe zakończenie komedii romantycznych. My jednak wiedzieliśmy, że w naszej historii nie będzie happy endu.
- Jutro wracam do zwykłego, szarego życia… - usłyszałem jej cichy głos.
- Wracasz do życia beze mnie? – chciałem płakać. Pocałowała mnie i rzekła:
- Spotkajmy się za rok w Pradze.
- Dlaczego akurat tam?
- Bo tam jest najpiękniej – uśmiechnęła się i usiadła na piasku. – Takie są prawa wakacyjnych miłości, że one mijają. Ja będę na ciebie czekała jak wierna Penelopa na Odyseusza – wiedziałem, że kłamała, że zapewne o mnie zapomni. Wziąłem ją za rękę i ruszyliśmy.
Kolejnego dnia na dworcu żadne z nas nie chciało wierzyć w to, co za chwilę miało się stać. Pierwszy przerwałem milczenie:
- Zaraz przyjedzie mój pociąg i nasza bajka się skończy. Mogłabyś mi w końcu powiedzieć, jak masz na imię? Niczego o tobie nie wiem.
- Dlatego byliśmy tacy szczęśliwi jak Lidka i Paweł w ‼Pożegnaniu” – pocałowała mnie. Zaraz potem przyjechał pociąg. Znalazłem miejsce przy oknie, wychyliłem głowę i krzyknąłem:
- Mam na imię Adam!
- Magda! Nie zapomnij o mnie… - nie zdążyłem jej odpowiedzieć. Wiedziałem, że te wakacje, że ta kobieta zmieniła moje życie, że w Krakowie będę lepszym człowiekiem. I mimo, że wiem, że nigdy jej już nie zobaczę, za rok i tak pojadę do Pragi. W pogoni za szczęściem…



Temat: Alternatywa cz. I - Czarownica [Z]
Droga annie,
może sie zdziwiłaś nie widząc moich komentarzy od jakiegoś czasu, a może tak mało istotny fakt nie zwrócił Twojej uwagi. Jednek po rozmowach barowych, a potem przerwaniu przez Ciebie decyzji, postanowiłam nie czytac Twojego dzieła, dopóki go nie skończysz. Dobrze zrobiłam. Przez całe opowiadanie nie mogłam oderwać wzroku od monitora, może za wyjatkiem kilku niekontrolowanych wybuchów śmiechu, które zdziwiły nawet przyzwyczajoną do tego typu ekscesów zuzę. Mimo to oczywiście fabuła przerwana w takim miejscu, że chyba znowu zaczne obgryzać paznokcie. Ironia losu? Nie wiem. Stąd pisze ten komentarz, a może sie zlitujesz i napiszesz dalszy ciąg. Szybko. Tak więc przedstawiam tę trumnę wraz z sarkofagiem. O.

ŚWIAT. Na pierwszym miejscu. wyprzedził nawet mojego ukochanego Snape'a. Dlaczego? Oryginalny, nie przerysowany, swojski. Małe miasteczko, tutejszy kościółek i atmosfera kojarząca sie z przygodówkami, które uwielbiam. I magia, i zwyczajność, i historia. Klimat, wypływajacy z każdego zdania, opisy ciekawsze nieraz niż dialogi, i fakty. Fakty, skonstruowane w sposób rzetelny i wiarygodny, prezentowane wnikliwym umysłem Hermiony.

PARING. No cóż, sam dobór osób nie wymaga komentarza. Za to ich przedstawienie, tak. Po tak okrutnej wersji SNape'a, jaką naszkicowałaś w opowiadaniu sylwestrowym pora na inną jego odsłonę. Na pewno nie gorszą. We wstępie piszesz, że nie kanoniczna. To prawda, ale kurcze taką niekanoniczność to ja ten, no... częściej poproszę. Nienawidzę, gdy ktos wkłada w usta Snape'a słowa, na których brzmienie nawet mi robi się niedobrze i myśli rodem z romea i julii, albo m jak miłość. Ble! Twój Snape jest jak zwykle perfakcyjny. Ironia i sarkazm, które wciąż podkreślasz, jednak za każdym razem dziwie sie Twojemu mistrzostwu. (i ja mówię zwykle o nadmiernej ilości lukru... Snape by padł na zawał.)
Teraz Hermiona. Tu już niekanoniczność rysuje się wyraźniej, choć nie gryzie mi sie. Zastanawiałam się dlaczego i doszłam do wniosku, że pisząc opowiadania o dorosłej Hermionia, tą nastoletnią też wydorośliłaś, ale zrobiłaś to w specyficzny sposób - podkreśliłaś, a może nawet przerysowałaś te cechy, które posiada i które również wyeksponowała J.K.Rowling. Tak więc niepospolity umysł w połączeniu z ciekawością, może nawet zbyt dużą (->ksiega), inne niż większość osób w jej wieku spohjrzenie na świat i... Snape'a. Choć (wreszcie coś przebije przez ten lukier:p ) moim zdaniem "wydorośliłaś" ją trochę zbyt mocno. To pierwszy z dwóch zarzutów, które mam do opowiadania. O drugim później.

BOHATEROWIE. Oprócz tych głównych mamy jeszcze: Aislin - wspaniała osoba, ciepła i wyrozumiała. Przypomina mi jedną moją ukochaną ciocię... osoba, posiadająca zdolności znachorskie, kojarzy mi sie z wróżką chrzestną z kopciuszka. Choć w jednej scenie strach o bratanice sprawia, że pokazuje trochę pazurki. Dalej miły, dowcipny ksiądz, podsłuchujący ploteczki, wścibska, trochę stereotypowa bibliotekarka, równie stereotypowa, gadatliwa gosposia i wreszcie główna postać negatywna-Annabell. Niewątpliwie fascynująca, piękna, inetligentna i dysząca żądzą zemsty. I tu nastąpi drugi zarzut. Twoje postaci są hmmm... wpadające w stereotypy. nie wiem czy mnie zrozumiesz - mamy doczynienia z dwoma biegunami, klasyfikujesz bohaterów poprzez eksponowanie ich pozytywnych bądź nagatywnych cech, nie pozostawiasz światłocienia, środka. Nie mówie, że robisz to tak jednoznacznie i definitywnie jak w bajkach dla dzieci, ale tego zróżnicowania w momencie wprowadzenia tak wielu postaci mi brakuje. Posługujesz sie schematami, do każdej Twojej postaci (nie mówie o tych z HP) jestem w stanie dopisać jeden epitet czy skojarzenie, wyczerpujące jej charakter. To nie są bardzo wyraźne braki, raczej dość subtelne, a znasz mnie, w mysł zasady "do czegoś się trzeba doczepić" musiałam zwrócić uwagę. Potraktuj to raczej w kategorii "braki" niż "błedy".
Dumbledore oraz ksiądz-sprawca całego zamieszania są za to przedstawieni moim zdaniem idealnie.

HUMOR. Tu zostałam zastrzelona. Obojętnie czy chodzi o humor sytuacyjny, czy zgryźliwe słowa któreś z postaci (niespodzianka! nie tylko Snape'a!), reakcja była ta sama. Mnie naprawdę nie jest tak łatwo rozśmieszyć, a przynajmnniej nie mogą tego zdziałać żadne komedie oglądane masowo przez moich rówieśników. nie chcę zaśmiecać komenta, ale kilka przykładów muszę podać: Cytat: ― I co mam niby z nimi zrobić? ― Wysyczał. ― Odtańczyć taniec deszczu?
Cytat: – A Profesor potrafi go zablokować – w brązowych oczach widać było podziw. – Stoi tam i łże temu wypierdkowi mamuta prosto w czerwone oczy.
– Czerwone oczy?
– Nie ważne – Hermiona wyraźnie się rozkręcała. Jakby puściły jakieś tamy. To z gatunku sytuacyjnych.
Cytat: Albusie no wiesz? – Oburzyła się. – Nie miałam co robić jak tylko zadawać mu pytania? Nieprzytomnemu? Severusie obudź się bo Albusa zżera ciekawość? Zdrowie przede wszystkim! oprócz tego docinki Snape'a, Hermiona wrzeszcząca na niego i wiele innych.

FABUŁA. Najważniejsza, ale u mnie na końcu. Napisze krótko, bo już o tym wspominałam. Dobra, stara kategoria przygodówki z wstawami sensacyjnymi, dozą tajemniczości, historii, magii i... fascynacji dwojga osób. Jednym słowem coś, co kocham.

No dobra, rozpisałam się. jeszcze tylko jedna prośba: "Nie było ich tam, ale woń chuci pozostała. " Nienawidzę słowa "chuć" czy jak się to odmienia. nie chcę sie narzucać, ale może zastąp to czymś. nie wiem... erotymu? pożądania? Byle czym...
pozdrawiam i życzę weny, a nawet domagam się jej
an.



Temat: Sambor Czarnota
Mam dość seriali

Rozmawiał Krzysztof Kowalewicz
2008-09-09, ostatnia aktualizacja 2008-09-09 19:53

Sambor Czarnota, aktor Teatru Jaracza, występuje w zupełnie nowej roli. Postanowił sprawdzić się w programie "Taniec z gwiazdami"
Ma za sobą pierwszy odcinek i pierwszy sukces - nie odpadł. Jego partnerką jest Magdalena Soszyńska-Michno specjalizująca się w tańcach latynoamerykańskich, która tańczy od ósmego roku życia. Sześciokrotnie brała udział w "Tańcu z gwiazdami". W poprzedniej edycji z Mariuszem Pudzianowskim zajęła drugie miejsce.

Rozmowa z Samborem Czarnotą*

Krzysztof Kowalewicz: Czy udział w tym programie to twoja kolejna rola?

Sambor Czarnota: Można tak powiedzieć, chociaż na przygotowanie każdej roli ma się tylko kilka dni, a na pokazanie wyćwiczonego wcielenia widzom - zaledwie dwie minuty. Takie krótkie, ale niezwykle intensywne przedstawienie. To bardzo trudne zadanie. Każdy taniec ma przecież inną temperaturę, charakter, wyraz, układ. Niektórzy mogą uznać, że taniec to tylko fizyczność, nie ma tam miejsca na aktorstwo. Nie mają racji. Ruchy to jedno, ale jeszcze są gesty, mimika, temperament. Do tego trzeba dodać cząstkę duszy. Poza krokami cała reszta to twój sposób myślenia o danym tańcu i zakątku świata, z którego pochodzi.

Jak byś określił swoje umiejętności taneczne?

- Wydawało mi się, że ruszam się nie najgorzej, przecież jestem sprawny, uprawiam różne sporty. Jednak szybko partnerka wyprowadziła mnie z błędu. W zasadzie wszystkiego uczę się od nowa. W tańcu wykorzystywane są zupełnie inne partie mięśni, inna jest motoryka. Tego trzeba się nauczyć i przyzwyczaić ciało do zupełnie innej pracy. Najgorsze były trzy tygodnie przygotowań i pierwszy program, który okupiłem wielkim stresem. Wiadomo. Program jest na żywo. Ma kilkumilionową widownię.

Czy aktorzy nie powinni tylko grać, a nie doradzać w telewizjach śniadaniowych, sprzedawać swoje prywatne chwile w gazetach i rozbawiać widzów w dziwacznych programach?

- A ty piszesz tylko o tym, co chcesz, czy twój szef narzuca ci niektóre tematy?

Oczywiście mam nad sobą szefa i tak się zdarza, ale ty chyba decydujesz samodzielnie?

- Kieruję się intuicją. W teatrze ma się do wykonania różne układy choreograficzne, jest stały kontakt z publicznością na żywo. Tak samo jest w tym programie. Dlatego uważam, że to, co teraz robię, stanowi jakąś tam gałąź mojego zawodu. W życiu ważne jest nie tylko, co się robi, ale również jak. Nie czuję, żebym kogoś czy samego siebie oszukiwał. Swoje zadanie wykonuję najlepiej, jak potrafię. Nie jest to chałtura, tylko kolejne zadanie, któremu staram się sprostać. Mam swoje do zagrania w teatrze czy filmie. Nie pcham się tylko do telewizyjnych show, żeby za wszelką cenę zaistnieć. Jestem rozpoznawalny. Nie muszę niczego na siłę udowadniać i dobijać się o popularność.

A gdzie stawianie poważnych pytań, opowiadanie wzruszających historii, z którymi byłeś kojarzony w teatrze?

- W tej materii nic się nie zmieniło. Tylko myślę sobie, że czasami trzeba spuścić powietrze i nie napinać się bez przerwy. Coś takiego lekkiego daje mi frajdę i na pewno nie zaszkodzi mojemu wizerunkowi. Chce pokazać inną twarz. Ludzie właśnie najczęściej utożsamiają mnie z bardzo poważnymi, wymagającymi rolami. Tymczasem w tym programie za sprawą materiałów zza kulis widzą normalnego człowieka. Codziennie poznaję swoje słabości i niedoskonałości, które staram się przełamywać. Mam wielką satysfakcję, że udaje mi się pokonywać kolejne bariery. Na pewno zdobyte umiejętności zaprocentują w przyszłości. Miałem wcześniej propozycje udziału w innych programach rozrywkowych, ale zawsze odmawiałem. Jakoś nie miałem przekonania do śpiewania czy jazdy na lodzie, a taniec wydał mi się najbliższy.

Ostatnia premiera z twoim udziałem była w "Jaraczu" w lutym ubiegłego roku. Nie masz czasu na próby do nowych sztuk?

- Nie zapominam o teatrze. W połowie listopada zaczynam próby do nowej sztuki.

Przeprowadziłeś się do Warszawy. Nie czas zmiany na stołeczny teatr?

- Nie mam takich planów. Bardzo odpowiada mi "Jaracz", jeden z najlepszych teatrów w Polsce. Mogę gdzieś pograć gościnnie, ale nie przenieść się etatowo.

Jakie twoje marzenia spełniła stolica?

- Marzenia to nie najlepsze słowo. Po prostu tutaj jest najwięcej pracy dla aktora, a ciągłe dojeżdżanie z Łodzi bardzo mnie męczyło. Teraz jeżdżę do "Jaracza", ale to zabiera mi mniej czasu. Lubię Warszawę. Tu się ciągle coś dzieje. Mam tam przyjaciół.

Grania w kilku serialach równolegle nie uważasz za początek obłędu?

- Obecnie nie gram w żadnym. Sam się wypisałem. Zmęczyła mnie ta stylistyka. Na razie mam dość seriali. Z resztą od lat nie brałem wszystkich propozycji, jak lecą. Teraz skupiam się tylko na tańcu i oczywiście czekam na jakąś ciekawą propozycję filmową.

*Sambor Czarnota (rocznik 1977) wyróżnił się w Teatrze Jaracza głównymi rolami w "Amadeusie" Petera Shaffera oraz "Romeo i Julii" Williama Szekspira. Za rolę Mężczyzny Młodszego w "Toksynach" Krzysztofa Bizia dostał nagrody na festiwalach w Zabrzu i Szczecinie. Grał w serialach "Samo życie", Pensjonat pod Różą", "Fałszerze. Powrót sfory", a ostatnio w "Egzaminie z życia" i "Tylko miłość"

Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź




Strona 2 z 2 • Wyszukiwarka znalazła 68 wyników • 1, 2